wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 1

Nowe wejście
Powrót do domu był czymś niesamowity. Po roku podróżowania potrzebowałam odpoczynku, chwili wytchnienia i pobycia w czterech ścianach- własnych ścianach. Nie w hotelach, małe przytłaczające pokoiki. Skąpo umeblowanych, nie mających w swoich wnętrzach nic przyjaznego, nic co mogło by pozwolić poczuć się jak u siebie. Czułam się w nich jak w klatce, na którą sama się godziłam, malutkie okienko wychodzące na ruchliwe ulice były jedynym akcentem, który przypominał mi dom. Dlaczego?! Ponieważ w moim pokoju, w domu rodzinnym również miałam okno z widokiem na tętniące życiem ulice Londynu.  Prawdę mówiąc nie wiedziałam czego mam się spodziewać po matce. Wielkiego powitania? Chłodnego spojrzenia, którym często mnie obdarzała w dzieciństwie. Miałam tylko cichutką nadzieję, że nie będzie mi wypomniac kilku pomyłek z przeszłości, z którymi pozostawiłam ją samą. W środku czułam jednak względny spokój ducha, co skutecznie zagłuszało moje myśli ogromny natłok jak w nich panował. 
- Będzie dobrze. - szepnęłam do siebie uspokajająco i wzięłam głęboki wdech. Wysiadłam z powozu tuż przed bramą wejściową jeszcze jeden szybko acz głęboki wdech i ruszyłam w stronę metalowej bramki bocznej. Cały czas trzymając w dłoni malutka walizkę podróżną, w której miałam cały swój dobytek. Nie trudno było zgadnąć, że było tego bardzo mało. Jednakże to co najpotrzebniejsze miałam. Lekko zaśniedziała bramka skrzypnęła pod wpływem ruchu, niczym cień usnęłam powoli przed siebie. Moje serce zaczęło drżeć z podekscytowana, a dłonie leciutko zaciskały się na uchwycie torby. Stąpałam delikatnie po kamiennym chodniku prowadzącym prosto do mojego rodzinnego domu. Tak bardzo chciałam przytulić matkę dowiedzieć się co u niej jak się miewa i jak jej minął ten rok bezemnie. Nie miałam okazji zbyt często pisać do niej listów, nie było na to czasu. Jednak teraz wiedziałam, że mogę odpocząć od tego nieustannego tępa i pośpiechu. Weszłam na ganek, był duży i przestronny z widokiem na piękny ogród i kawałek ulicy. Wszystko było takie samo jak w momencie mojego wyjazdu, tak jak to sobie zapamiętałam.  
 Przejrzałam się do okola gdy nagle drzwi domu otworzyły się i zobaczyłam w nich moją matkę. Była jakaś bledsza, wydawała się jednak zadowolona. Nie zastanawiając się ani chwili przytuliła kobietę mocno do siebie szepcząc jak bardzo się za nią stęskniłam. Trwałyśmy tak chwilkę, nie długą. Kobieta złapała mnie za ramiona i odsunęła od siebie na kilkanaście centymetrów. 
- dobrze ze już jesteś Alicjo. - Uśmiechnęła się do mnie lekko. - Wejdź na pewno masz mi wiele do opowiedzenia. - dodała wpuszczając mnie do środka 
- bardzo dużo mamo - odparłam szczęśliwa 
***
Siedziałam z matką przy herbacie, relacjonując jej każdą moją przygodę lub ciekawe wydarzenie jakie miało miejsce w ciągu roku podczas mojej podróży do Japonii. Starsza kobieta wydawała sie być bardzo zaciekawiona moja opowieścią gdy nagle obie usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Kobieta podniosła się żwawo z fotela, w którym siedziała do tej pory i przepraszają mnie ruszyła w kierunku holu do drzwi wyjściowych.
- Alicjo, Alicjioo!? 
Gdzieś zza moich pleców usłyszałam swoje imię, gwałtownie odwróciła się lekko zaniepokojona tym dziwnym zjawiskiem. Spojrzałam w kierunku drzwi, przez które wyszła moja mama. Wiedziałam jednak, że to nie ona mnie wolała wyraźnie nie był to kobiecy głos, ale bardzo znajomy jak już bym go kiedyś słyszała. Poczułam nagłą irytację, podniosłam swoje ciało do pionu i nasłuchiwałam w totalnej ciszy ledwo oddychałam. Tam bardzo byłam skupiona.
- Aaalicijooo!
Zadrżałam głos dochodził z lustra wiszącego nad komodą po mojej lewej stronie. Uniosłam zdziwiona prawą brew i powolutku ruszyłam w tamtym kierunku. Co chwilę zerkałam czy aby matka nie wraca, przecież mogłam wyglądać naprawdę głupio skradając się do lustra. Wolałam, więc by nie widziała mnie w takim położeniu. 
 To było naprawdę bardzo dziwne, nawet bardzo dziwne. Wiedziałam jednak, że nie zwariowałam i wszystko jest w porządku. ,, Może to przemęczenie?''- przebiegło mi nagle przez myśl, jednocześnie dostrzegłam, że wdrapuje się już po komodzie spojrzałam w swoje odbicie. Niby nic nadzwyczajnego, ale odniosłam dziwne wrażenie iż coś jest po jego drugiej stronie. Z ogromną ostrożnością sieknęłam drżącą dłonią ku obramowanemu szkłu. Mimo, że gdzieś w środku czułam, że to tylko moje dziwaczne wyobrażenia, jednak mieszało się to z podekscytowaniem. Moja ręka oparła się o chłodną, gładką powierzchnie by po chwili bez większego oporu tafla szkła ustąpiła, a ja z okrzykiem dziwienia runęłam w dół. 
 Krzyczałam chwilę lecąc w totalnej ciemności, po chwili otoczyła mnie tak jakby mgła czy coś podobnego. Rozglądałam się dookoła siebie przez cały czas lecąc w dół, nie mając zielonego pojęcia co będzie dalej, może zginę poprzez upadek. Sama nie wiedziałam. Nagle dostrzegłam ptaki, naprawdę to były ptaki spokojnie lecące przed siebie. Wytrzeszczyłam oczy w ogromnym szoku, spojrzałam w dół leciałam prosto w kierunku ziemi. Spanikowałam, jednak nadal nie byłam w stanie krzyknąć. Zacisnęłam mocno powieki, nie byłam w stanie na to patrzeć, byłam przerażona nie na żarty. 
 W pewnej chwili poczułam mocne szarpnięcie i delikatne uderzenie prawie bezbolesne. Otworzyłam oczy, po chwili zorientowałam się iż leże na trawie, a co najważniejsze byłam cała i zdrowa. Wypuściłam powietrze z płuc, z głośnym świstem ulgi. 
- Nareszcie jesteś - usłyszałam głos, który bardzo dobrze znałam.
- Absolen, to ty? - spytałam podnosząc się z ziemi i otrzepując z drobinek kurzu i ziemi, które mogły osiąść na moim ubraniu. 
- A któż by inny?! - Odparł motyl, który był tak duży jak ja. Jego błękitne skrzydła ruszały się powoli nie pozwalając upaść mu na ziemię. Rozejrzałam się dookoła, tak już wiedziałam gdzie jestem. Moje serce drgnęło z przypływu nagłego wzruszenia, tak wiele wspomnień miałam związanym z tym miejscem. Sama się sobie dziwiłam, że zapomniałam o tym wszystkim w tak niedługim czasie.
- Stało się coś? - zapytałam nagle zaniepokojona widząc niezbyt pogodny wyraz twarzy Absolena.  
- Ruszaj pośpiesznie do zamku Białej królowej, jest bardzo źle. Nasz świat jest bardzo zagrożony - Zamarłam lecz nie pytając już o nic więcej ruszyłam w stronę zamczyska. W czasie wędrówki przemierzyłam miasto, duże, które powinno tętnić życiem, a tym czasem jego mieszkańcy snuli smętnie ulicami. Całkowicie pozbawieni chęci do czegokolwiek. Wydawali się bardzo senni, niektórzy kryli się w cieniu domów i po prostu spali. Wielki zegar stojący na placu głównym przez cały czas wskazywał godzinę 12:00 coś było mocno nie tak, ale jeszcze nie wiedziałam co dokładnie. Przyśpieszyłam kroku chcąc jak najszybciej znaleźć się w zamku. Byłam bardzo nie spokojna, czułam się obserwowana przez tych wszystkich cudacznych mieszkańców, przypominających ryby, myszy ludzi. Wszelkie mieszanki i konstrukcje, które w ludzkim świece nie są w żadne sposób możliwe. 
***
W końcu dotarłam to miejsca docelowego. Miałam nadzieje, że tu zostanie wszystko wyjaśnione i będę wiedziała jak pomóc całej krainie. Czułam się za nią odpowiedzialna, więc tym bardziej zależało mi na tym aby wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Och, Alicjo jesteś wreście! - usłyszałam nagle delikatny okrzyk. Rozejrzałam się szybko dookoła siebie by po chwili zobaczyć pośpiesznie schodzącą po schodach Mirandę, a zaraz za nią moich przyjaciół. Na pierwszy plan wysuną się Kapelusznik, uśmiechnęłam się delikatnie na jego widok jednak mina szybko mi zrzedła gdy tylko dostrzegłam zmartwienie w oczach królowej. 
- Co się stało? - zapytałam już całkiem poważnie - Przybyłam jak najszybciej mogłam.
- Moja droga, stało się wielkie nieszczęście. Spójrz- wskazała mi okno za którym rozciągała się bezdenna ciemność jedynie kilka gwiazd było wstanie przebić się przez grubą warstwę ciemności. Byłam w szoku, ponieważ wchodząc do pałacu był słoneczny letni dzień, a kilka minut później już noc. ,,Co tu się dzieje?!'' - zapytałam siebie w myślach. 
- Coś stało się z czasem, trzeba udać się do jego twierdzy Alicjo - błagalny ton głosu kobiety jeszcze bardziej potęgował moje obawy - Musisz go tu sprowadzić. -Nagle machnęła delikatnie nadgarstkiem, a w jej dłoni pojawiła się złota szkatułka ozdobiona srebrnymi zegarami. Nie widziałam jednak nigdzie zamka czy jakiegoś zatrzasku, spojrzałam uważnie na milczącą resztę nie bardzo wiedząc co mam myśleć. 
- Ta szkatuła pomoże ci, ale musisz uważać czas jest bardzo zły i nie obliczalny jeśli nie uda ci się go namówić na spotkanie zemną zamknij go w tym, nie uwolni się bez twojej woli. - białowłosa mówiąc to wcisnęła mi w dłonie przedmiot, który miał być najwyraźniej moją jedyną bronią.  Przetknęłam głośno.
- Ja z nią pójdę wasza wysokość - Odezwał się nagle kapelusznik wychodząc z gromadki zebranych.
- Kapeluszniku - zaczęłam, ale królowa nagle przerwała dość stanowczo.
- Nie wolno ci - patrzyła na rudowłosego - Tylko Alicja może tam iść, tylko ona nie sprawi zawahania kontinuum czasowego, reszta gdy spotka samych siebie sprowadzi na naszą krainę wielkie zło. 
 Wszyscy patrzyli na siebie oniemieli. 
- Nie martw się - powiedziałam podchodząc do Hattera  lekko się uśmiechając. - Dam radę, naprawdę - położyłam mu dłoń na ramieniu lekko ją zaciskając
- Dobrze Alicjo, ale obiecaj że szybko wrócisz - moje zapewnienia widocznie nie przyniosły dość dużego rezultatu, ponieważ bo jego głosie wiedziałam, że bardzo się niepokoi.
- Obiecuję. - Spojrzałam mu głęboko w oczy nie mogąc przestać się uśmiechać. 
- Wspaniale, więc chodźmy moja droga czas na ciebie - odezwała się Miranda łapiąc mnie za nadgarstek i prowadząc do jakiejś komnaty. Miałam nadzieje, że podołam temu zadaniu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz